Bibułki matujące
Jestem idealna – która z kobiet może tak o sobie powiedzieć? Chyba tylko Doda albo panie, które patrzą na nas z okładek kolorowych pism. Nie mówię tu o prawdziwych paniach, które są na tych zdjęciach, a ich doskonalszych siostrach, sztucznych wytworach Photoshopa. Myślę, że gdyby te sztuczne kobiety potrafiły mówić, mogłyby wygłosić taką formułkę: jestem idealna. Jestem idealna, bo większość kobiet chce być taka jak ja. Jestem idealna, bo nie istnieję, takich kobiet nie ma.
Ja nie jestem idealna, walczę z cellulitem, z tłustymi powiekami, z sobą walczę.
Myślę, ze to dobrze, bo gdy kobieta osiada na laurach i godzi się na taka jaka jest, to przestaje ją cokolwiek obchodzić. Wygląd też. Magazyny kobiece fundują nam piękne i niedoścignione wzory na swoich okładkach, jednocześnie w środku nawołując: bądź sobą, zaakceptuj siebie. Schizofrenia. Walka potrafi być też przyjemna.
Powiem więcej, my to lubimy, psioczymy na nasze defekty i niedoskonałości, ale lubimy troszczyć się o swoje ciała. Lubimy testować nowe kosmetyki, wcierać w siebie tony kremów, szukać podkładu idealnego. Kobieta ma to niejako w genach.
Miało być o przetłuszczającej się cerze, a poszło w druga stronę. Tak, z cerą też walczę. Odkąd stałam się nastolatką moja kapryśna cera lubi sobie poprodukować sebum. Nie jest to tragiczna przypadłość, są kobiety, które mają dużo gorzej, ale mi przeszkadza to niezmiernie. Pewno dlatego, że jestem straszną estetką.
Zdążyłam zauważyć, że im bardziej wysuszających kosmetyków używam, tym bardziej ten problem się wzmaga.
Nawilżanie cery, retinoidy oraz kwasy – to jedyny ratunek dla mojej trzydziestoletniej skóry. No i bibułki matujące, które nie raz uratowały mi życie. Kolejne warstwy pudru na twarzy, byleby tylko nie świecić się niczym latarnia to niedobry pomysł. To wylęgarnia bakterii, którym dostarczamy w ten oto sposób pożywkę.
Najpierw trzeba warstwę łoju usnąć delikatnie za pomocą bibułki matującej, którą przykładamy do twarzy bez szkody dla naszego makijażu. Potem dopiero można przypudrować nosek, jeśli jest w ogóle taka potrzeba. Niektóre z bibułek matujących powleczone są warstwą pudru, która dodatkowo matuje cerę. Ale takie wynalazki, zazwyczaj japońskiej firmy kosztują koło 100 złotych. Jak dla mnie bezsensem jest wydawać taką sumę na bibułki. Wolę tańsze, ale równie skuteczne bibułki matujące Art Deco. Są małe, poręczne i mieszczą się nawet w najmniejszej torebce. I co najważniejsze spełniają swoją rolę.
Tagi: bibułki matujące art deco, kapryśna cera, nawilżanie cery, retinoidy, sebum
Wpis dodano: Lipiec 30th, 2009 w kategorii Świat kosmetyków.
Komentarze: jeszcze nie ma
Dodaj swój komentarz