Krem Tigi Small Talk
Od roku zbierałam się do kupna tego kosmetyku do włosów, bo naczytałam się o nim dużo pochlebnych komentarzy. Trochę odstraszała mnie suma, jaką należy wyłożyć, by cieszyć się skutkami jakie miał dawać ten cudowny kosmetyk, ale jak się nie spróbuje to się człek nigdy nigdy nie dowie co stracił. Jak zwykle szlag trafił moje obiecanki, iż nową rzecz kupię dopiero wtedy, gdy wykończę stary kosmetyk, ale cóż… Każdy ma jakieś słabości, moją są kosmetyki do włosów, na które wydaję chyba najwięcej. I które, ku niezbyt wielkiej radości mego męża, tonami zagracają łazienkę i pokój.
Jak już wiecie moją obsesją jest dodanie włosom sprężystości oraz objętości.
Mam włosy uwrażliwione, które potrzebują nawilżenia i systematycznej dbałości, by wyglądały na zdrowe i zadbane. Końce moich włosów mają tendencję do puszenia się i muszę zawsze aplikować na nie kosmetyk wykańczający, który ujarzmi te suche końcówki.
Tigi Small Talk wydawał się być ideałem, bowiem producent i obiecuje, że kosmetyk działa niejako trójfazowo. Co to znaczy? Otóż Tigi ma dodawać sprężystości włosom, ma definiować fryzurę, czyli można liczyć na lekką stylizację włosów oraz dodawać wspomnianej objętości i puszystości.
Jak to wygląda w praktyce?
Zacznijmy od tego, że mam długie włosy, które lekko przekraczają linię łopatek. Dlatego i jestem, i nie jestem zadowolona z kosmetyku. Myślę, ze gdybym była posiadaczką włosów naprawdę cienkich i 10 cm krótszych byłabym zachwycona efektami. Na razie jestem w fazie testów i obserwowania efektów na swoich włoskach. Do rzeczy jednak, czyli konkretów. Tigi Small Talk ma przede wszystkim ciekawy i fajny zapach, coś ala zapach lasu jagód i jeżyn. Ciekawe opakowanie też przyciąga wzrok i stanowi niemałą ozdobę w łazience.
Jeśli idzie o efekt zwiększenia objętości włosa, z tego producent wywiązał się w stu procentach.
Krem wtarty w jeszcze wilgotne włosy powoduje zwiększenie objętości całej fryzury. Myślę, że gdybym włosy modelowała albo poddawała je działaniu suszarki do włosów efekt push up na głowie byłby jeszcze bardziej radykalny. Ja jednak pozostawiam włosy samym sobie, schną same. Może mam dziwne włosy, a może to przez wspomniane samoistne pozostawienie je do wysuszenia, jednak moje uwrażliwione i suche dość włosy nie zyskują dodatkowej sprężystości po aplikacji kosmetyku. Wręcz przeciwnie, robią się one jeszcze bardziej puszyste, zbyt miękkie, a tego niestety nie znoszę.
Moja fryzura, gdy jest zbyt miękka jest wówczas nie do ujarzmienia. Myślę, że taki efekt zadowoli jednak posiadaczki naprawdę cienkich włosów, te powinny zyskać dodatkową objętość. Również wspomniany efekt stylizacji nie sprawdza się na moich włosach. Może są jednak zbyt grube i zbyt długie, by takowy efekt osiągnąć.
Reasumując do włosów takich jak moje, czyli dość długich – objętość tak, efekt stylizacji i zaakcentowania pasm, nie.
Ja lubię dużo włosów, ale sztywnych, wtedy łatwo mi je kontrolować. Tigi Small Talk daje objętość, ale i miękkie włosy. Moja mama, posiadaczka włosów za ucho, jest zachwycona tym kosmetykiem. Używa go po każdym myciu, przed modelowaniem i ma włosy podniesione u nasady. Na koniec pryska całość lakierem i fryzura trzyma się cały dzień. Ja zaś znalazłam patent i na koniec wcieram we włosy serum do końcówek, które minimalizuje puszenie włosów i staram się aplikować Tigi Small Talk raczej do połowy włosów, zaczynając od góry. Dzięki temu moje włosy cieszą oko i ja tez jestem zadowolona.
Tagi: długie włosy, efekt push up, kosmetyki do włosów, serum do końcówek, suche końcówki, suszarki do włosów, Tigi, Tigi Small Talk, włosy podniesione u nasady, włosy uwrażliwione
Wpis dodano: Listopad 17th, 2009 w kategorii Świat kosmetyków.
Komentarze: jeszcze nie ma
Dodaj swój komentarz